25 maja Pani Janina Krupa z Krotoszyna obchodziła setne urodziny. Z tej okazji Burmistrz Franciszek Marszałek i Sekretarz Gminy Beata Pospiech złożyli jubilatce życzenia dalszych lat w zdrowiu i w pogodzie ducha.
Pan Burmistrz wręczył także dyplom gratulacyjny i kwiaty, natomiast Pani Sekretarz przeczytała list gratulacyjny, który przesłany został przez premiera RP Mateusza Morawieckiego.
Pani Janina, nasza majowa stulatka, miała trudne życie. Wychowywała się w biednych wiejskich warunkach, krótko po ślubie pochowała męża, potem została wywieziona do Niemiec, gdzie pracowała przymusowo w fabryce. Opiekę nad córeczką musiała powierzyć mamie i siostrze. Pani Janina miała jednak też dużo szczęścia: dwa razy udało jej się ocalić życie, założyła drugą rodzinę i doczekała się wielu wnuków i prawnuków, także mieszkających daleko.
25 maja 1923 roku we wsi Żałoby urodziła się Janina Krupa. Jej ojciec Józef Delgiado był szewcem, mama Rozalia Szczyt pochodziła z rodu szlacheckiego. Pani Janina miała jeszcze siedmioro rodzeństwa (w tym dwie pary bliźniąt). Jak wyjaśniają „krotoszyńskie” córki stulatki: Wiesława Sut i Ewa Majchszak, chyba nikt z najbliższej rodziny nie mógł się pochwalić tak pięknym wiekiem. Chyba, bo wiekowa krotoszynianka wywodzi się z ziem, które po drugiej wojnie zostały odcięte od Polski kordonem granicznym i mieszkającym w naszym kraju potomkom trudno poskładać historię rodziny. Wschodnią część rodziny znają z rzadkich spotkań, bo niełatwo było zorganizować wyprawę za granicę. Córki sędziwej krotoszynianki pamiętają, że mówiło się, iż długo żył wuj mamy, czyli brat ich babci, ale daty i liczby są trudne do określenia.
Dzieciństwo upłynęło pani Janinie na pracy. W domu rodzinnym nie przelewało się, a na dodatek ojciec Józef zmarł dość wcześnie, zostawiając wdowę samą z dziećmi. Jej matka Rozalia nie mogła liczyć na pomoc swojej rodziny, pozbawionej majątku przez władze sowieckie. Naukę szkolną mała Janina zakończyła po trzech miesiącach, bowiem rodzice wynajęli ją do pilnowania krów pobliskiemu gospodarzowi. I tak już potem zostało. Za jej pracę właściciel bydła przywoził pod koniec lata dwa worki zboża. Kiedy dziewczynka podrosła, poszła na służbę do pobliskich Święcian, gdzie opiekowała się dzieckiem w bogatszym domu.
Za mąż wyszła, mając około 17 lat. Jej wybrankiem był Alfons Romanowski, człowiek wykształcony, zecer. To były lata drugiej wojny światowej. Córka Romanowskich, Rozalia (imię po babci) miała zaledwie około dwunastu miesięcy, kiedy w ramach czystek narodowościowych Alfons został rozstrzelany wraz z grupą polskiej inteligencji.
Po śmierci męża młoda wdowa zostawiła pod opieką swojej mamy roczną córeczkę i na rozkaz Niemców weszła do pociągu jadącego na zachód. Jak się potem okazało, był to transport zagłady, wszyscy ci ludzie zginęli. Jednak na pobliskiej stacji litewski przedstawiciel tamtejszego starostwa, za zgodą niemieckich żandarmów pilnujących kolei, kilkunastu osobom ze swojego terenu polecił przejść do innego pociągu, który wiózł mieszkańców okupowanych rejonów na roboty do Niemiec. W tej grupie znalazła się też Janina Romanowska, co uratowało jej życie.
W Niemczech pani Janina została skierowana do przyfabrycznej kuchni. W zakładzie pracowali niewolniczo przedstawiciele różnych nacji z terenów zajętych przez III Rzeszę. Jej nadzorczyni była dobrą Niemką, tak ją wspomina krotoszynianka. Tylko raz ją ukarała zamknięciem w areszcie fabrycznym, gdy wysłana na zakupy zamiast drożdży kupiła mydło. Nie znała niemieckiego.
Ponownie udało jej się uratować życie, kiedy alianci pustoszyli Niemcy nalotami bombowymi – przy kolejnym alarmie po raz pierwszy zbuntowała się i nie weszła na czas nalotu do schronu, do którego zawsze biegli pracownicy fabryki. Tym razem gruzy zbombardowanej budowli pogrzebały tych, którzy się w nim schronili.
Po kapitulacji Niemiec nie wiedziała, dokąd ma wracać. Żałoby i Święciany nie należały już do Polski. Były problemy z przekraczaniem granicy. Jej kilkuletnia córka Rozalia wychowywała się pod troskliwą opieką dwóch Rozalii: babci oraz cioci, najstarszej siostry Janiny.
Poznana w Niemczech Polka miała rodzinę w Krotoszynie i zachęciła ją do osiedlenia w naszym mieście. Janina Romanowska postanowiła więc urządzić się tutaj, a potem sprowadzić córkę i matkę. Niestety, pierwsze lata w Krotoszynie były bardzo trudne. Nie miała pieniędzy, wykształcenia, zawodu i była obca. Z trudem się utrzymywała. Dostała pracę w przyszpitalnym ogrodzie warzywniczym, a zimą pracowała w budynku jako salowa. Dyrektor szpitala pozwolił jej wówczas spać na stryszku szpitalnym, razem z inną pracownicą. Z czasem wynajęła samodzielny pokoik sublokatorski. Poznała swojego drugiego męża Jana Krupę. Wychowała z nim troje dzieci: dwie córki i syna. Pracowała jako szwaczka, pomagała popołudniami w salonie fryzjerskim, skubała kaczki, obierała cebulę, sprzątała, uprawiała działkę, szyła w domu dzieciom ubranka i dziergała, rzadko odpoczywała.
Nie udało jej się sprowadzić bliskich, bo zanim stanęła finansowo na nogach i pozałatwiała potrzebne dokumenty, mama zmarła. Najstarsza córka przyjechała natomiast na trochę i wróciła na wschód do ciotki, która ją wychowywała. Była już prawie panną na wydaniu i tam toczyło się jej życie. Wkrótce założyła swoją rodzinę.
Pani Janina doczekała się jedenaściorga wnuków. Z liczeniem prawnuków jest już kłopot, w Polsce jest ich sześcioro i jeden praprawnuk – trzymiesięczny Wojtuś. Krotoszyńskie córki pani Janiny nie potrafią policzyć, ilu prawnuków i praprawnuków żyje w okolicy Święcian. Dzięki telefonom komórkowym i komunikatorom internetowym łatwiej jest obecnie skontaktować się z odłamem rodziny zza wschodniej granicy, ale odległość i lata utrudnień zrobiły swoje – więź rodzinna została osłabiona i powstała luka informacyjna.
Mąż stulatki zmarł w 2003, od tego czasu pani Janina mieszka sama. Jeszcze kilka lat temu robiła samodzielnie zakupy w pobliskim markecie, ale zmęczone nogi już nie pozwalają na tak dalekie wyprawy. Po mieszkaniu porusza się przy pomocy laski lub z jedną z córek, które na zmianę dyżurują przy mamie (przychodzi też opiekunka). Zjada z apetytem zupy, szczególnie mleczne, owoce, ciasteczka. Uczestniczy w rozmowie, słucha, czasami coś dopowiada. Wzrok szwankuje, ale lubi pooglądać telewizję. Czasami śpiewa, wspomina dzieciństwo. Zapomina momentami o dzisiejszych czasach i martwi się o swoje dzieci, jakby były jeszcze małe.
Życzymy dużo zdrowia, Pani Janino.
(ib)